[NzP]: Upadek legendy

03.03.2019, 06:00 Bartłomiej Wójcik
Nie jest mi łatwo kreślić te słowa. Zapewniam, że jako kibic z kilkunastoletnim stażem, robię to z bólem. Niestety, jak mawia klasyk, fakty nie potrzebują interpretacji, ponieważ są, jakie są. To właśnie fakty tworzą obraz rzeczywistości, a jest ona, delikatnie mówiąc, niezbyt przyjemna. Czasem odnoszę wrażenie, że nasz ukochany klub niszczy własną legendę. Bardzo to bolesne, tym bardziej, że wielu z nas na własne oczy widziało narodziny tejże legendy. Teraz przyszło nam oglądać upadek.

Zacznijmy jednak od początku, a te sięgają roku 2003. Na początku XXI wieku wydawało się, że piłkarska elita jest już bardzo szczelnie „zamknięta”. W Anglii mieliśmy swoisty dwubiegunowy porządek ligowy. O mistrzostwo walczyły Manchester United oraz Arsenal. W drugim szeregu stały Liverpool FC, Newcastle United oraz zapomniane już nieco ekipy Leeds United czy Blackburn Rovers. Z kolei na europejskich salonach brylowały Real Madryt, Valencia CF, AC Milan, Juventus i Bayern Monachium. Wydawało się wówczas, że wszystkie „etaty” klubów wielkich były już „zajęte”.

W pamiętnym 2003 roku w świecie piłki nożnej pojawił się jednak Roman Abramowicz i nieco nabałaganił w układzie sił. Oto bowiem kupiona przez niego Chelsea FC już rok później była wicemistrzem Anglii i półfinalistą Ligi Mistrzów, a potem, w latach 2005 – 2006, The Blues dwukrotnie sięgnęli po krajowy tytuł. Pucharu Europy wówczas zdobyć się nie udało, ale w tychże rozgrywkach londyńczycy eliminowali dotychczasowe potęgi, takie jak Arsenal, FC Barcelonę, czy Bayern.

Jak to możliwe? Bardzo proste pytanie, tak jak obowiązująca przez lata odpowiedź: dzięki pieniądzom! To przecież tylko i wyłącznie pieniądze nieprzyzwoicie bogatego Rosjanina sprawiły, że Chelsea zaczęła z powodzeniem bić się o puchary. Miliarder ze wschodu był wówczas niewyobrażalnie demonizowany. Przypisywano mu psucie rynku transferowego, co przy późniejszych popisach właścicieli Paris Saint-Germain albo Manchesteru City wydawało się wręcz śmieszne. No a poza tym był, o zgrozo, powiązany ze strasznym Władimirem Putinem, który regularnie zagraża światowemu pokojowi. Jak tu lubić takiego człowieka i klub, który jest w jego rękach? Tym bardziej, że to przecież klub bez żadnej historii.

Ten ostatni argument, choć często przytaczany, był kompletną bzdurą, ewentualnie dowodził kompletnej ignorancji jego głosicieli. Wystarczy zgłębić się nieco w historię angielskiej piłki, aby się przekonać, że Chelsea owszem, historię ma i to całkiem ciekawą. Tytuł mistrzowski z 1955 roku albo nawet Puchar Zdobywców Pucharów z 1971 roku to oczywiście bardzo odległe dzieje. Niemniej jednak klub ze Stamford Bridge był silną ekipą już na chwilę przed przejęciem przez Abramowicza. Przełom wieków był pomyślnym okresem dla The Blues, a w barwach tej ekipy grały gwiazdy tej miary co Ruud Gullit, Didier Deschamps, Gianfranco Zola, Gianluca Vialli czy Mark Hughes. Właśnie w tym czasie w klubowej gablocie pojawiło się sporo trofeów, takich jak Puchar Anglii albo Puchar Ligi Angielskiej.

Jednak nawet sceptycy, głoszący tezy o rzekomym braku historii musieli przyznać, że „Ekipa Abramowicza” bardzo szybko zaczęła ją pisać. Jej pierwszy rozdział powstał 8 marca 2005 roku. Pamięta ktoś, co się wtedy wydarzyło? Tego dnia rozgrywany był rewanżowy mecz 1/8 finału Ligi Mistrzów pomiędzy Chelsea a Barceloną. Pierwszy mecz, rozegrany na Camp Nou, zakończył się zwycięstwem Katalończyków 2:1. Taki wynik premiował awansem Barcelonę i choć Chelsea do awansu wystarczało skromne zwycięstwo u siebie 1:0, to wiadomo było, że łatwo o to nie będzie. Blaugrana była wówczas bardzo mocną ekipą, a o jej sile stanowili tacy gracze jak Ronaldinho, Samuel Eto’o czy Xavi. Podopieczni Jose Mourinho zwyciężyli wówczas 4:2 i w mojej ocenie było to jedno z najważniejszych wydarzeń w historii Chelsea. Właśnie w tym meczu narodziła się legenda drużyny. Wola walki, jaką zaprezentowali wówczas podopieczni The Special One była wręcz nieprawdopodobna. Był to pokaz siły, umiejętności i determinacji. Ten mecz po raz pierwszy tak dobitnie pokazał, że drużyna z zachodniego Londynu to nie tylko pieniądze Romana Abramowicza.

To był także początek ery legendarnych zawodników Chelsea. Przez lata o sile tej drużyny stanowił jej trzon, który stanowili Petr Cech, John Terry, Frank Lampard i Didier Drogba. Wszyscy wymienieni wyżej zawodnicy zapisali się złotymi zgłoskami w historii drużyny. Każdego z nich cechowała niesamowita wola walki. To oni sprawiali, że londyńska ekipa, nawet w chwilach poważnego kryzysu, potrafiła pokonywać najlepsze zespoły. Niezniszczalny kwartet bohaterów był wspierany przez innych wybitnych graczy. Do tego grona można zaliczyć Ashley’a Cole’a, Michaela Essiena, Michaela Ballacka, Florenta Maloudę i Nicolasa Anelkę. To grono zawodników sprawiło, że marka „Chelsea Football Club” oznaczała najwyższą jakość. Rzecz jasna, klub czasem miewał problemy. Zdarzały się sezony bez żadnego trofeum, ale gra nie schodziła poniżej pewnego poziomu. Nazwa „Chelsea” po prostu świadczyła sama za siebie. Piękna era, era zawodników gotowych umierać za klub, zakończyła się w 2012 roku, ale jej zwieńczenie nie mogło być piękniejsze. W maju tego roku udało się wreszcie zdobyć upragniony i wyczekiwany przez lata srebrny puchar Ligi Mistrzów. Był to ostatni akord charakteru tej ekipy, bo zwycięstwo w ówczesnej edycji wydawało się być czymś niezgodnym z logiką. Wielu postronnych fanów piłkarskich do dzisiaj uważa, że finał roku 2012 w swojej dramaturgii dorównuje starciu Liverpoolu z Milanem sprzed siedmiu lat. W zespole nie było już wówczas Michaela Ballacka i Nicolasa Anelki. Chwilę później zabrakło Didiera Drogby, który po dwóch latach powrócił, by zdobyć jeszcze jedno mistrzostwo kraju. W kolejnych latach z zespołem pożegnali się Frank Lampard, Ashley Cole, Petr Cech i wreszcie John Terry…

Dlaczego o tym piszę? Po co to wszystko przypominam? Robię to ponieważ doszedłem do wniosku, że następcy legendarnych zawodników kompletnie nie poradzili sobie z ich dziedzictwem. Legenda klubu, przez lata budowana ze sporym trudem, teraz systematycznie jest niszczona przez nieprzemyślane decyzje zarządu, nieodpowiednie postępowanie zawodników, czy nawet głupie zachowania kibiców.

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy po triumfie w Lidze Mistrzów. Gdy Roberto Di Matteo stracił posadę, nieoczekiwanie zastąpił go Rafael Benitez. Hiszpan od początku był bardzo negatywnie postrzegany przez fanów klubu. Wszyscy wypominali mu wypowiedź sprzed paru lat, w której zarzekał się, że nigdy nie obejmie posady na Stamford Bridge, z powodu swojego przywiązania do Liverpoolu. Co ciekawe, nie pamiętano utrzymanej w podobnym tonie wypowiedzi Ceska Fabregasa z przeszłości, gdy hiszpański pomocnik zasilił szeregi The Blues. Nikt oczywiście nie musiał kochać Beniteza, ale czy transparenty z napisem „Rafa Out” i obraźliwe wobec trenera przyśpiewki na stadionie na pewno były dobrym pomysłem? Działanie przeciwko trenerowi było przecież działaniem przeciwko wspieranemu klubowi, a chyba nie o to chodzi. Co ciekawe, mimo ogromnej niechęci fanów, Rafa Benitez swoje zadanie spełnił. Chelsea zdobyła Ligę Europy i zakwalifikowała się do kolejnej edycji Ligi Mistrzów, co kilka lat później stało się wielkim wyzwaniem.

Następcą Hiszpana został nowy-stary trener, czyli Jose Mourinho. Portugalczyk w trakcie ponad dwuletniego pobytu zdobył co prawda mistrzostwo i puchar ligi, ale kontrowersji przysporzył chyba jeszcze więcej, niż podczas swojej pierwszej kadencji. Hitem medialnym okazała się jego rozmowa, w której narzekał na… wiek Samuela Eto’o. Portugalski trener dodał wówczas, że w Chelsea nie ma prawdziwego napastnika. Wszystko byłoby okay, gdyby nie fakt, że rozmowa została nagrana i udostępniona szerokiej publiczności. Mourinho bronił się, że była to rozmowa prywatna, a jego słowa zostały zarejestrowane niezgodnie z prawem. Trener The Blues miał rację, ale rzecz w tym, że przed sezonem sam był zagorzałym zwolennikiem sprowadzenia Kameruńczyka, stwierdzając przy tym: „byłbym głupi, gdybym nie chciał Eto’o”. Parę miesięcy po takim wyznaniu sytuacja wyglądała nieco inaczej. Co ciekawe sam zawodnik obrócił to w żart i po zdobyciu ligowej bramki udawał, że nie ma siły się poruszać, co miało być aluzją do słów trenera, ale czy taka sytuacja była komukolwiek potrzebna? Sensu nie miało także postępowanie Portugalczyka w trakcie słynnej afery z klubowym lekarzem, czyli Evą Carneiro. Mourinho miał pretensje o to, że klubowa lekarka udzieliła pomocy medycznej w nieodpowiedniej chwili podczas meczu ze Swansea na początku sezonu 2015/16. Sprawa skończyła się zwolnieniem pochodzącej z Gibraltaru lekarki, a następnie sądową batalią, w której ta ostatnia dochodziła swoich praw. Słynny The Special One równie skutecznie co ze swoim sztabem potrafił pokłócić się z zawodnikami. Ówczesny sezon był pasmem boiskowych klęsk i poza boiskowych konfliktów, co skończyło się zwolnieniem Mourinho. Właśnie wtedy otwarcie mówiło się o tym, że piłkarze The Blues grali przeciwko swojemu trenerowi.

W kolejnym sezonie pojawił się Antonio Conte i dosyć długo wydawało się, że włoski trener zapewni stabilizację. Sezon 2016/17 zakończył się mistrzostwem kraju, zdobytym we wspaniałym stylu. Jednak już pod koniec rozgrywek wybuchł konflikt pomiędzy trenerem a Diego Costą. Conte pożegnał się z reprezentantem Hiszpanii w niezbyt odpowiedni sposób, a ten ostatni nie pozostał dłużny. Costa odmówił powrotu do klubu, a w Internecie chwalił się nagraniem z imprezy, w której świetnie się bawił w barwach Atletico Madryt. Sprawa ta była tylko preludium do istnego pandemonium, które w ciągu następnych miesięcy rozpętało się na Stamford Bridge. Włoski trener popadł w konflikt zarówno z władzami klubu, jak i z niektórymi zawodnikami. Znów otwarcie mówiono o tym, że gracze The Blues robią wszystko, byle tylko jak najszybciej pożegnać się z trenerem. Rozłam w zachodnim Londynie był ulubionym tematem angielskiej prasy przez wiele miesięcy. Fakt, że tak trudny sezon udało się zakończyć z FA Cup na koncie mógł nieco zaskakiwać, choć nawet to nie uchroniło Antonio Conte przed utratą posady.

Wtedy popisał się zarząd klubu. Kwestia zwolnienia Antonio Conte była już tematem przewodnim innego z moich felietonów, ale nie sposób tego pominąć. Styl, w jakim zwolniono byłego szkoleniowca reprezentacji Włoch, był nie tylko haniebny, ale też przekraczał granice absurdu. A wystarczyło podziękować Conte za współpracę dzień po finale FA Cup i nie byłoby tematu. Zawodnicy również nie popisali się wówczas powściągliwością. Niektórzy z nich jawnie oznajmili, że gdyby nie doszło do zmiany trenera, to oni opuściliby drużynę. Na tym polu brylowali David Luiz oraz Willian. Ich komunikat był jasny: „gdyby nie zwolniono trenera, to ja bym odszedł, bo nie po drodze mi z nim było, a przecież muszę mieć komfort”. Ciekawe, że John Terry nie miał najlepszych relacji z Rafaelem Benitezem, a Didier Drogba nie zawsze dogadywał się z Luizem Felipe Scolarim, ale każdy z nich zacisnął zęby i najwyżej postawił dobro klubu ponad własnym. Dzisiejsi piłkarze chyba tego nie potrafią.

Jednego Włocha zastąpił następny i na początku kadencji Maurizio Sarriego znów wszystko wyglądało dobrze. Jednak po upływie kilku miesięcy zaczęły się schody. Najpierw Włoch sugerował, że nie jest w stanie zmotywować swoich podopiecznych, o czym otwarcie poinformował w mediach (!), a część z jego graczy nie pozostała dłużnych i także zareagowała w rozmowach z prasą. Potem była słynna już niestety porażka 6:0 z Manchesterem City, po której Sarri nie podał ręki Pepowi Guardioli. Znów pojawiły się doniesienia, że gracze Chelsea buntują się przeciwko trenerowi. Niektóre media pisały o podziałach w szatni i otwartym kwestionowaniu taktyki trenera. W większości są to ci sami zawodnicy, którzy wcześniej sprzeciwiali się Mourinho i Conte. Czy tak powinni się zachowywać profesjonalni piłkarze, w dodatku grający w wielkim klubie?

Profesjonalizmem nie zgrzeszył także Kepa Arrizabalaga w ubiegłą niedzielę. Można na różnorodne sposoby usprawiedliwiać Hiszpana. Można dorabiać dowolną ideologię do tej sytuacji, ale nie można zaprzeczyć temu, że zawodnik ma obowiązek podporządkować się decyzji trenera. Tymczasem bramkarz Chelsea nie tyle ją zakwestionował, co otwarcie się sprzeciwił. Rewolta Arrizabalagi jeszcze bardziej pogorszyła atmosferę w drużynie. Czasem można wręcz zadać retoryczne pytanie, czy można wciąż używać tego magicznego sformułowania, gdy zawodnikom regularnie zdarza się na różne sposoby buntować przeciwko trenerom.

Ciężko jest oprzeć się wrażeniu, że takie zachowania były nie do pomyślenia w czasach legend. Oczywiście Terry, Lampard czy Drogba nie byli aniołami. Każdy z nich, jak zwykły śmiertelnik, miał swoje słabości. Angielski kapitan był bohaterem głośnego skandalu obyczajowego, a Iworyjczykowi zdarzały się niezbyt chwalebne zachowania boiskowe. Rzecz w tym, że ci zawodnicy jednego dnia zawiedli, a następnego rozgrywali mecze życia. Sprzeciw wobec trenera zdarzył im się tylko raz, gdy w drużynie pojawił się Andre Villas-Boas. Tymczasem obecne gwiazdy Chelsea traktują to jako jeden ze sposobów na życie. Dla legendarnych zawodników nadrzędny był interes klubu. Dla dzisiejszych piłkarzy jest nim interes własny.

Nie było łatwo przebić się do światowej elity, ale Chelsea tego dokonała. Przepustką nie były tylko i wyłącznie pieniądze właściciela. Stanowiły ją zdobyte trofea, poświęcenie, wielka wola walki i charakter wybitnych zawodników. To one sprawiły, że zespół ze Stamford Bridge przez wiele lat był w klubowej czołówce piłkarskiej.

Czy wciąż w niej jest? Nawet jeśli odpowiemy na to pytanie twierdząco, to nie sposób zaprzeczyć temu, że przez ostatnie lata ludzie związani z tym klubem mimowolnie robią wszytko, by samych siebie stracić ze szczytu. Mecz z Barceloną, którego czternastą rocznicę będziemy obchodzić za kilka dni, śmiało można określać mianem „mitu założycielskiego legendy Chelsea”. Ten mecz odbył się w rzeczywistości, więc mamy to do czynienia z autentycznym wydarzeniem. Szkopuł w tym, że prezentowany wówczas poziom przez The Blues wydaje się być dzisiaj czymś praktycznie nierealnym w przypadku obecnej drużyny.

Byliśmy świadkami narodzin tej legendy. Szkoda, że tak szybko doczekaliśmy jej kresu.
źródło: własne
klubMPbramki
1Arsenal263-1
2Man City247-2
3Brighton & Hove Albion244-1
4Tottenham245-3
5Everton241-0
6Man Utd134-0
7Burnley234-2
ZawodnikBA
1Olivier Giroud10
2Jorginho10
3Christian Pulisic01
pokaż całą tabelę ligową pokaż całą tabelę strzelców
Internetowy Sklep Sportowy

ChelseaLondyn.pl - obserwuj nas na Twitterze
Następny mecz
Chelsea
:
Brighton & Hove Albion
Chelsea - Brighton & Hove Albion
24.02.2019, 13:00
Stamford Bridge (London)
pokaż cały terminarz
Poprzedni mecz
Man Utd
4:0
Chelsea
Man Utd - Chelsea
M. Rashford (pen.) 18`
A. Martial 65`
M. Rashford 67`
D. James 81`
11.08.2019, 17:30
Old Trafford (Manchester)
Panel kibica
osób online
17236
aktywnych
uzytkowników
31864
dodanych
aktualności
Manchester City Nieoficjalny polski serwis The Foxes FanZone
Co sądzisz o zakazie transferowym nałożonym na Chelsea?
UEFA postąpiła niesłusznie12,9%
Prawidłowe działanie UEFA6,45%
Słuszcznie czy niesłusznie, ale może i dobrze się stało, bo dzięki temu szansę mogą dostać wychowankowie45,16%
Chelsea będzie miała przez to spore problemy ze skompletowaniem mocnej kadry na następny sezon19,35%
Chelsea nic na tym nie straci, bo zamiast kupować nowych zawodników, da szansę tym, którzy aktualnie przebywają na wypożyczeniu16,13%
31 odpowiedzi