[NzP]: Co poszło nie tak?

13.01.2019, 06:06 Bartłomiej Wójcik
Wszystko zaczęło się bardzo dobrze, by nie rzec rewelacyjnie. Gdy jesienią 2017 roku Alvaro Morata regularnie zdobywał bramki, zapewne nikt z fanów Chelsea nie przewidywał, że zaledwie parę miesięcy później siła ofensywna londyńczyków, opierana na hiszpańskim napastniku, posypie się jak domek z kart. Jak to się stało, że mimo dobrego startu i niemałych przecież umiejętności, wychowanek Realu Madryt nie podołał wyzwaniu w barwach Chelsea?

Początek Alvaro Moraty w nowej drużynie był bardzo dobry i nawet jego liczni adwersarze nie mogą temu zaprzeczyć. Hiszpan zdobył bramkę już w swoim debiucie, a w kolejnych spotkaniach zanotował świetną serię, zdobywając sześć bramek w sześciu meczach. Morata imponował szybkością i aktywnością w polu karnym rywali. Od samego początku zwrócił na siebie uwagę dobrą grą głową, ale nogami też strzelał celnie i początkowo nie miał problemów z pokonywaniem bramkarzy w sytuacjach jeden na jednego. Choć pewny kryzys formy dopadł go już w okolicach października, to pierwsza połowa poprzedniego sezonu była w jego wykonaniu w miarę systematyczna. W 19 kolejkach Premier League Morata zanotował dziewięć bramek i cztery asysty. Dla porównania, jego poprzednik, czyli Diego Costa, w swoim pierwszym sezonie w analogicznym okresie miał na koncie 13 bramek i jedną asystę. Wynik Costy był zatem lepszy, ale nie można mówić o przepaści miedzy dokonaniami tych dwóch snajperów. Różnica mogła wynikać po prostu ze znacznie odmiennego stylu gry dwóch reprezentantów La Roja. Napastnik Atletico to typowy egzekutor, zawodnik, który myśli tylko o strzelaniu na bramkę, nawet jeśli kolega z zespołu znajduje się na lepszej pozycji. Zupełnie inaczej gra wychowanek Królewskich. On od samego początku starał się dogrywać do partnerów i ta współpraca początkowo wyglądała naprawdę obiecująco. Początkowo ciężko było oprzeć się wrażeniu, że Alvaro Morata to dla Chelsea po prostu odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu.

Na tle poprzednich, nawet najbardziej bramkostrzelnych napastników Chelsea, Hiszpan wyróżniał się elegancją w grze. Didier Drogba nie miał problemów z techniką i przyjemnie oglądało się jego boiskowe poczynania, ale Iworyjczyk w swojej grze bazował przede wszystkim na znacznej sile fizycznej. Nicolas Anelka z pewnością nie był wirtuozem futbolu, choć dzięki szybkości i instynktowi strzeleckiemu był świetnym snajperem. Z kolei bezpośredni poprzednik Moraty, czyli Diego Costa, czasem wręcz raził swoją topornością. Napastnika Atletico można w zasadzie porównać do średniowiecznego rycerza w pełnej zbroi, który pochyla kopię i szarżuje prosto na wroga, nie myśląc o niczym więcej. Tak właśnie zazwyczaj grał Costa i choć przynosiło to pewne efekty, to krytycznych komentarzy pod jego adresem też było niemało. Tymczasem Morata zdawał się grać zupełnie inaczej niż wyżej wymieniona trójka. Od czasu do czasu ostro przyspieszał na boisku, ale nierzadko wchodził też w skuteczny drybling. Cechowała go spora dynamika, przy jednoczesnej lekkości w grze. Niektóre jego zagrania sprawiały wrażenie, że na Wyspach Brytyjskich pojawił się nowy Thierry Henry. Skojarzenie z legendarnym francuskim napastnikiem nasuwały takie akcje jak bramka zdobyta ze Stoke City, gdy popędził na bramkę i z bardzo ostrego kąta technicznie pokonał goalkeepera rywali albo asysta z West Bromwich Albion, w postaci podania piętą do wychodzącego na czystą pozycje Edena Hazarda.

Dlaczego zatem, zamiast drugi raz z rzędu walczyć o koronę króla strzelców Premier League, Alvaro Morata wciąż nie może odnaleźć swojej formy? Jak to się stało, że jesień 2017 roku okazała się być tylko miłym początkiem złego? Co poszło nie tak w przypadku hiszpańskiego napastnika? Bardzo długo byłem jednym z nielicznych obrońców tego zawodnika (użycie czasu przeszłego potwierdza, że już sam nie wiem, co o nim myśleć) i dlatego starałem się rozwiązać tę zagadkę. Moje przemyślenia doprowadziły mnie do pewnej hipotezy, zgodnie z którą w przypadku Alvaro Moraty kompletnie zawiodła sfera mentalna. Hiszpański napastnik po prostu psychicznie nie podołał wyzwaniu, jakim jest pełnienie roli podstawowego snajpera w czołowym angielskim zespole. Zdaję sobie sprawę, że taka teoria może wydawać się absurdem, gdy chodzi o zawodnika, który odnosił sukcesy w Realu Madryt i Juventusie. Nabiera ona jednak sensownych kształtów, przy głębszej analizie jego występów w La Liga oraz Serie A.

Nie ma sensu oczywiście brać pod uwagę jego pierwszego pobytu w Realu Madryt, gdyż wówczas był bardzo młodym graczem, który dopiero starał się przebić do drużyny i odgrywał drugo lub nawet trzecioplanową rolę. Niemniej jednak zdobycie ośmiu bramek w 23 występach sezonu 2013/14 z pewnością było dobrym prognostykiem. Z kolei premierowy sezon we Włoszech na pierwszy rzut oka mógłby wydawać się bardzo dobrym okresem. Mistrzostwo i krajowy puchar, a także dotarcie do finału Ligi Mistrzów musiały robić wrażenie. Nie robiły ich jednak liczby 22-letniego wówczas napastnika. Morata rozegrał 29 meczów w Serie A i zdobył w nich osiem bramek. Nie był wiodącym napastnikiem Juventusu, gdyż rolę tę pełnił Carlos Tevez, który w analogicznym okresie 20 razy trafiał do siatki, a partnerem Argentyńczyka najczęściej był Fernando Llorente. W tym czasie wychowanek Realu Madryt zazwyczaj wchodził na boisko z ławki rezerwowych. Nie było lepiej w drugim sezonie, bo choć z drużyny odszedł Carlos Tevez, to w Turynie pojawili się Paulo Dybala i Mario Mandzukić. Morata zdobył jedną bramkę mniej i znów nie stał się wiodącym snajperem, a raczej wciąż był jednym z wielu. Wystarczy wspomnieć, że w ciągu dwóch lat gry w Serie A, nie zdarzyło się, by Hiszpan zagrał trzy ligowe mecze z rzędu w pełnym wymiarze czasowym! Nie wygląda to dobrze na tle takich zawodników jak Luis Suarez, Sergio Aguero albo Robert Lewandowski, którzy niezależnie od wyniku grają od pierwszej do ostatniej minuty. Ówczesny Juventus był jak zespół z zupełnie innej ligi, w porównaniu do reszty stawki i podobnie było z zawodnikami Starej Damy. Kadrowo mistrzowie Włoch deklasowali pozostałe drużyny, lecz Alvaro Morata był dla nich tylko zawodnikiem alternatywnym. Często bywało po prostu tak, że reprezentant Hiszpanii wchodził na murawę, gdy mecz był już wygrany i nie miało większego znaczenia to, czy Morata trafi do siatki, czy też nie.

Ta sytuacja w zasadzie nie uległa zmianie, gdy latem 2016 roku Alvaro wrócił do Realu Madryt. Trzeba przyznać, że wtedy zdobył aż 15 bramek w lidze i był to drugi wynik zespołu, zaraz za, jakże by inaczej, Cristiano Ronaldo. Nie można zapomnieć jednak o tym, że rozegrał tylko 26 meczów i grę przeplatał z siedzeniem na ławce rezerwowych. Znów powtórzył się scenariusz z Juventusu. Hiszpan miał pewien wkład w zwycięstwa, ale był tylko jednym z wielu elementów. Dobitnie ukazuje to jego gra w ówczesnej edycji Ligi Mistrzów, ponieważ w fazie pucharowej, gdy Real zmierzał po drugi puchar z rzędu, Morata rozegrał raptem… 25 minut. Krótko mówiąc, ani w Juventusie, ani w Realu Madryt napastnik Chelsea nie był pod tak wielką presją, jaka spadła na niego, gdy pojawił się w zachodnim Londynie. Stara Dama liczyła przede wszystkim na Carlosa Teveza, a następnie na Paulo Dybalę. W Madrycie król był jeden i był nim Cristiano Ronaldo. Tymczasem na Stamford Bridge to właśnie Morata zajął newralgiczną pozycję numer dziewięć. Najwyraźniej ta rola przerosła jego możliwości, gdyż nigdy wcześniej nie miał z nią do czynienia. Gdy latem 2017 roku Hiszpan trafił do Chelsea, miał 24 lat i jego największym strzeleckim osiągnięciem było zdobycie 15 bramek w lidze, tymczasem Harry Kane w tym samym wieku miał na koncie dwa tytuły króla strzelców Premier League oraz tytuł króla strzelców mistrzostw świata. Morata niedawno ukończył 26 lat i w tym wieku strzeleckie tytuły dzierżyli także Robert Lewandowski i Sergio Aguero. Wniosek z tego jest bardzo prosty, choć zarazem bolesny. Alvaro Morata po prostu nie wyrobił w sobie tej mentalności, która pozwala być wiodącym snajperem w topowej drużynie. W wieku 24, a tym bardziej 26 lat nie jest się już młodym piłkarzem, który ma jeszcze czas. Zawodnik w tym wieku powinien być w pełni ukształtowany i musi umieć radzić sobie z presją, jeśli ma grać w czołowym zespole.

To pierwszy aspekt tej sprawy. Drugim jest specyfika Premier League, która najwyraźniej coraz bardziej ciąży napastnikowi Chelsea. Nie od dzisiaj wiadomo, że liga angielska jest najbardziej wymagającą ligą piłkarską w Europie. Nie jest to żaden slogan, jak chcieliby przeciwnicy Premier League, ale fakt. Wystarczy spojrzeć na najświeższe sensacje prosto z Wysp. Ledwie parę tygodni temu aktualni mistrzowie z Manchesteru City musieli przełknąć dwie gorzkie porażki, z Crystal Palace i Leicester City. Deklasujący wszystkich wokół Tottenham został pokonany przez beniaminka z Wolverhampton, a odzyskujący blask Arsenal musiał uznać wyższość Southampton, a potem West Hamu United. Zaskakujące porażki zdarzały się też Chelsea, która ostatnio przegrała przecież z Wolverhampton i Leicester. Znamienne są słowa tych, którzy mieli okazję zetknąć się z Premier League oraz innymi czołowymi ligami kontynentu. Antonio Conte, jeszcze jako trener Chelsea, powiedział kiedyś, że jeśli we Włoszech prowadzisz 2:0, możesz spokojnie dopisać sobie trzy punkty, ale przegrasz jeśli pomyślisz tak w Anglii. W podobnym tonie wypowiadał się Gareth Bale. Walijczyk prosto z mostu stwierdził, że w Hiszpanii od czasu do czasu można „zdjąć nogę z gazu”, co jest nie do pomyślenia na Wyspach. To z pewnością spore novum dla Moraty, gdyż zupełnie inaczej było we Włoszech i w Hiszpanii. Juventus musiał uważać na spotkania z Romą, Interem czy Napoli, a Real zawsze na głowie ma Gran Derby i ewentualnie stołeczne starcie z Atletico, ale w przypadku tych dwóch drużyn to wszystko. Ciężko oprzeć się wrażeniu, że w Serie A i La Liga Morata miał wszystko podane jak na tacy. Nie dość, że nie ciążyła na nim największa presja, to jeszcze rywale prezentowali o wiele niższy poziom od własnej drużyny. Tymczasem w Premier League każdy mecz to istna wojna od pierwszej do ostatniej minuty. Nie ma znaczenia, czy gra się z liderem, czy z autsajderem, a do tego trzeba jeszcze dodać, że gra w Anglii jest wyjątkowo ostra i sędziowie nierzadko pozwalają obrońcom na wiele. Defensorzy klubów angielskich są zdecydowanie bardziej agresywni, niż ci na południu Europy. Taka gra chyba nie do końca odpowiada Hiszpanowi, gdyż już w pierwszym sezonie znany był z tego, że wręcz uwielbiał kwestionować decyzje arbitrów i zdarzało mu się nawet kolekcjonować kartki za takie zachowania. W obecnych rozgrywkach często oglądamy tę scenę, gdy Hiszpan pada na murawę, a potem rozpaczliwie gestykuluje w stronę sędziego. Zresztą, wystarczy, że od czasu do czasu realizator transmisji skieruje na niego obiektyw kamery. Mina 26-letniego zawodnika mówi sama za siebie i zazwyczaj można wyczytać z niej mniej więcej tyle: „mam już tego serdecznie dosyć”.

Ubiegły sezon był bardzo trudnym okresem dla wychowanka Realu Madryt. Jeszcze gorsze musiało być lato, gdy dowiedział się, że nie pojedzie na mistrzostwa świata w Rosji. Jak sam wyznał, ostatecznie musiał skorzystać z pomocy psychologa. W pewnym momencie tego sezonu wyglądało na to, że Hiszpan wróci do formy. Przez chwilę regularnie zdobywał bramki, a poza tym w Chelsea pojawił się trener, który chce grać ofensywnie. Wydawało się, że Alvaro Morata w końcu spełni pokładane w nim nadzieje. Niestety był to tylko chwilowy skok formy i dzisiaj, w połowie drugiego sezonu, Hiszpan jest bliski opuszczenia zespołu. Najwyraźniej on sam doszedł już do wniosku, że nie znajduje się we właściwym miejscu. Jego zachowanie, po sporadycznym zdobywaniu bramek, mówi samo za siebie. Tydzień temu dwukrotnie pokonał bramkarza w pucharowym meczu z Nottinghamem, ale ani razu nie okazał radości. Widać było tylko nieprzyjemne napięcie, którego nie zmniejszyło trafienie do siatki. Podobnie było jesienią, gdy pokonał bramkarza MOL Vidi w Lidze Europy. Po zdobyciu zwycięskiej bramki Morata utonął w objęciach asystującego mu Williana, a w jego oczach pojawiły się łzy. Bramka, czyli coś, co dla napastnika powinno być normą, w przypadku zawodnika Chelsea okazało się wielkim i wzruszającym wydarzeniem. Nie trzeba zbytniej przenikliwości, by zorientować się, że Hiszpan ma poważne problemy... Wymowne jest także to, że nawet w meczach, w których Morata zdobywał bramki, notował efektowne pudła. Wystarczy przypomnieć sobie sytuację z domowego spotkania z Crystal Palace. Trwa doliczony czas gry, Hiszpan ma na koncie już dwa gole i pędzi samotnie na bramkę rywali, mając przed sobą tylko bramkarza. Wydawać by się mogło, że nie ma nic prostszego, wystarczy tylko postawić przysłowiową kropkę nad „i” strzelając trzecią bramkę i jednocześnie zamknąć usta wszystkim krytykom. Nie ma już presji, bo zwycięstwo jest pewne i do końca meczu pozostały sekundy. Co w tej sytuacji robi Morata? Kompletnie traci głowę i będąc pół metra od bramkarza usiłuje go lobować, z czym goalkeeper rywali radzi sobie bez problemu. Tę sytuację świetnie skomentował Paul Merson. Być może człowiek, który sam zademonstrował, jak nie być profesjonalnym piłkarzem, nie dla każdego jest autorytetem, ale w tym przypadku ciężko jest nie przyznać mu racji. Dziennikarz Sky Sports powiedział krótko, że w takiej sytuacji Harry Kane, Michael Owen, Thierry Henry czy Alan Shearer po prostu skompletowaliby hat-tricka. Wygląda jednak na to, że zawodnik Chelsea to inna półka, zdecydowanie niższa półka niż wyżej wymienione grono.

Nie twierdzę, że Alvaro Morata jest słabym zawodnikiem. Jednakże w mojej ocenie nie jest on napastnikiem, na którym w 100% mogłaby polegać topowa drużyna. To raczej zawodnik, który może stanowić uzupełnienie składu, ktoś w stylu przysłowiowego jokera albo super-rezerwowego. Taką rolę z powodzeniem odgrywał w Juventusie oraz w Realu Madryt i kimś takim mógłby być w Chelsea. Nawet w tym sezonie często zdarzało mu się, że trafiał do siatki po wejściu z ławki. Tak było w ligowym meczu z Southampton, gdy przypieczętował zwycięstwo 0:3 i tak zdarzyło się w wygranym 4:0 meczu z PAOK Saloniki. Gdyby na Stamford Bridge był dzisiaj snajper z absolutnego topu, ktoś w stylu Didiera Drogby, to wówczas Morata mógłby paradoksalnie świecić pełnym blaskiem. Nie miałby na sobie tej presji, która ciążyła na nim od samego początku przygody w zachodnim Londynie. Mógłby po prostu być sobą, czyli zawodnikiem wspierającym swoją drużynę „z drugiego szeregu”. Jego historia potoczyła się jednak zupełnie inaczej. Latem 2017 roku na jego barki nałożono brzemię, którego nigdy nie dźwigał i którego, jak pokazał czas, zwyczajnie nie był w stanie unieść. To po prostu nie mogło się skończyć dobrze.

Najzabawniejsze jest to, że takę sytuację jeszcze można uratować. Morata może jeszcze być bardzo potrzebny Chelsea. Jak to osiągnąć? Trzeba po prostu sprowadzić napastnika z najwyższej półki i jednocześnie pozostawić Hiszpana w drużynie. Takie rozwiązanie jest możliwe, o czym świadczy przypadek Arsenalu. W 2017 roku w Premier League pojawił się przecież Alexandre Lacazette. Francuz otrzymał to samo zadanie co zawodnik The Blues i początkowo przechodził tę samą drogę. W pierwszej połowie minionego sezonu Lacazette regularnie trafiał do siatki, a potem przyszedł kryzys. Jak zareagowali włodarze Kanonierów? Sprawili, że zimą na Emirates Stadium pojawił się
Pierre-Emerick Aubameyang. Jaki jest tego efekt? Dzisiaj Arsenal ma chyba najbardziej bramkostrzelny duet napastników w lidze, gdyż Francuz ma siedem bramek, a Gabończyk zdobył ich aż 14 i jest najlepszym strzelcem ligi. Można? Można. Dlaczego zatem Chelsea nie miałaby pójść tą samą drogą? Jest to pytanie retoryczne, ale wygląda na to, że zarząd The Blues w ogóle nie bierze pod uwagę takiego rozwiązania. Jeśli zimą na Stamford Bridge pojawi się nowy napastnik, to miejsca ustąpi mu właśnie Morata. Tymczasem nie do ruszenia okazuje się być coraz starszy Olivier Giroud, który nigdy nie był napastnikiem z najwyższej półki i z którego rok temu bez żalu zrezygnował właśnie Arsenal... Efekty są takie, że dzisiaj Kanonierzy mają dwóch świetnych snajperów, a Chelsea cierpi na ustawiczne problemy ze zdobywaniem bramek.

Na ten moment wychowanek Realu Madryt wydaje się być coraz bliższy opuszczenia Chelsea. Jego agent rozmawiał z Sevillą, ale zainteresowanie wyrażało też Atletico Madryt, mówiło się nawet o Barcelonie. Czy dojdzie do transferu? To bardzo możliwe. Jednak nawet gdyby Alvaro Morata ostatecznie został w Londynie, to nadchodzące miesiące muszą być dla niego decydujące. Jeśli w ciągu najbliższych tygodni Hiszpan nie odzyska formy, to nie pozostanie nic innego, jak tylko zmiana drużyny. Tak będzie lepiej dla klubu, dla fanów, ale przede wszystkim dla niego samego. Morata ma przed sobą wiele lat gry i wciąż może odzyskać radość z bycia piłkarzem.
źródło: własne
klubMPbramki
1Man City369286-23
2Liverpool358882-22
3Chelsea377464-34
4Tottenham366561-35
5Man Utd356560-49
6Arsenal366468-47
7Leicester City365251-44
ZawodnikBA
1Eden Hazard2117
2Olivier Giroud139
3Pedro Rodriguez135
4Ruben Loftus-Cheek105
5Alvaro Morata90
6Willian811
7Ross Barkley56
pokaż całą tabelę ligową pokaż całą tabelę strzelców
Internetowy Sklep Sportowy

ChelseaLondyn.pl - obserwuj nas na Twitterze
Następny mecz
Chelsea
:
Brighton & Hove Albion
Chelsea - Brighton & Hove Albion
24.02.2019, 13:00
Stamford Bridge (London)
pokaż cały terminarz
Poprzedni mecz
Leicester City
0:0
Chelsea
Leicester City - Chelsea
12.05.2019, 16:00
King Power Stadium (Leicester, Leicestershire)
Panel kibica
osób online
17227
aktywnych
uzytkowników
31592
dodanych
aktualności
Manchester City Nieoficjalny polski serwis The Foxes FanZone
Co sądzisz o zakazie transferowym nałożonym na Chelsea?
UEFA postąpiła niesłusznie11,11%
Prawidłowe działanie UEFA7,41%
Słuszcznie czy niesłusznie, ale może i dobrze się stało, bo dzięki temu szansę mogą dostać wychowankowie40,74%
Chelsea będzie miała przez to spore problemy ze skompletowaniem mocnej kadry na następny sezon22,22%
Chelsea nic na tym nie straci, bo zamiast kupować nowych zawodników, da szansę tym, którzy aktualnie przebywają na wypożyczeniu18,52%
27 odpowiedzi